Bilans jedenastu nocy zamieszek we Francji to łącznie ponad 3,5 tys. spalonych
samochodów i prawie tysiąc zatrzymanych osób.
Rozruchy wybuchły pod koniec
października w zamieszkałych głównie przez imigrantów, ubogich osiedlach
podparyskich. Przyczyną zamieszek była śmierć dwóch nastolatków, którzy ukryli
się przed policją w stacji transformatorowej. Od tego czasu przemoc rozlała się
po całym kraju.. W ciągu weekendu walki przeniosły się także na ulice
francuskiej stolicy.
Młodzi ludzie dewastują sklepy, palą samochody,
walczą z interweniującą policją. Pod adresem władz francuskich padają zarzuty,
że wykazują bierność i lekceważą sytuację, która panuje na ulicach kraju.Zamieszki zaczęły się w
Clichy-sous-Bois po śmierci dwóch nastolatków porażonych prądem w
transformatorze, gdzie ukryli się przed policją. Wywołały one kłótnie
polityczne. Opozycyjna Partia Socjalistyczna zarzuciła prawicowemu ministrowi
spraw wewnętrznych Nicolasowi Sarkozy’emu, że nazywając publicznie młodych ludzi
z przedmieść kanaliami, motłochem i hołotą, prowokuje kolejne groźne wydarzenia.
Sarkozy’ego krytykuje także minister ds. równości szans Azouz Begag. Komentarze
prasowe również są surowe dla rządu.
nbsp;W Clichy-sous-Bois wydarzył się
dramat śmierci dwojga młodych ludzi, którego okoliczności jeszcze do końca nie
wyjaśniono. Towarzyszy temu atmosfera paniki. Aby zrozumieć sytuację, trzeba
zdać sobie sprawę z klimatu panującego w dzielnicach, gdzie bycie nastolatkiem
oznacza dla wielu niebezpieczeństwo wejścia na drogę przestępczości. Towarzyszy
temu wzmacniane przez szkołę doświadczenie segregacji. Zamieszki ostatnich dni świadczą o
oburzeniu, głębokim poczuciu niesprawiedliwości i doznawaniu pogardy.
Przypominają, że nie zrobiono nic od końca lat 70Republika zapomniała o równości i
braterstwie dla znacznej części ludności, pozostawiając ją samą sobie w
bezrobociu, wykluczeniu i tymczasowości. Brak
bezpieczeństwa socjalnego, kryzys instytucji republikańskich, niezdolnych do
realizowania własnej dumnej dewizy, rasizm i islamofobia – tym żywi się przemoc,
ciężka od nienawiści i beznadziei.
Na przedmieściach istnieje życie
towarzyskie, zajęcia kulturalne, sportowe, artystyczne. Ale wszystko to
dyskwalifikują ostatnie wydarzenia, które wstrząsnęły nie tylko
Clichy-sous-Bois.
Nie zaskakują polityczne wystąpienia, a strategiczne
gry szyte są grubymi nićmi. Nicolas Sarkozy tkwi w okopach najtwardszej prawicy
i jest mistrzem polityki represyjnej. Azouz Begag prezentuje się jako śmiechu
warte sumienie moralne rządu i nie pozostawia żadnego pola manewru, tenory
Partii Socjalistycznej nastrajają się do krytykowania rządu, a przede wszystkim
Sarkozy’ego, za odejście od idei policji dzielnicowej.
Tak więc z jednej
strony obserwujemy historyczny schyłek ledwie dyszącego modelu republikańskiego,
z drugiej zaś zaklęcia wprawiające go znowu w ruch.
Trzeba poznać
specyfikę przemocy i przestępczości młodocianych oraz zastosować odpowiednią
politykę. W Stanach Zjednoczonych uzyskano realne postępy wprowadzając więcej
policji dzielnicowej i mobilizując lokalnych mieszkańców oraz ich „communities”
(wspólnoty) – co we Francji szybko zdyskredytowano nazywając
„komunotaryzmem”.
Przemoc miejska jest tylko przejawem ogromnego
problemu: powtarzających się porażek polityki akcentującej nadmiernie racje
ekonomiczne. Nie rozwiążemy kryzysu przedmieść, zanim nie przestaną walczyć ze
sobą obrońcy ledwie zreformowanego francuskiego modelu socjalnego i zwolennicy
polityki liberalnej. Ci pierwsi są raczej archaiczni i konserwatywni,
ewentualnie otwarci na korporacjonizm. Ci drudzy – nieczuli na społeczne szkody
neoliberalizmu i brutalni w swoich zapędach modernizacyjnych. Tak naprawdę
wszystko polega na godzeniu tego, co dzieli lewicę i prawicę, Villepin’a i
Sarkozy’ego.
Już najwyższy czas wdrożyć aktywną politykę społeczną,
odbudować państwo opiekuńcze, wprowadzić środki zapewniające równość i
braterstwo z jednej strony, a uczestnictwo kraju w światowej ekonomii z
drugiej